Jest 7 rano. Siedzimy na peronie w niewielkiej górskiej miejscowości Hsipaw. Wokół nas przechadzają się mężczyźni w kolorowych longyi (tradycyjnych birmańskich spódnicach), a kobiety z koszami na głowie sprzedają różnorakie przekąski. Za chwilę na stację nadjechać ma pociąg. Jak się okazuje chwila ta trochę się wydłuża i zamiast pociągu przyjeżdża duża furgonetka z przyczepą, z której wychodzi grupa kilkunastu policjantów z bronią w ręku. Rozstawiają się na torach i wokół budynku dworca, tak jakby szykowali obławę. Wygląda na to, że za chwilę wydarzy się coś, w czym niekoniecznie chcielibyśmy uczestniczyć. Czekamy na rozwój wydarzeń. Po kilkunastu minutach nadjeżdża kolejny samochód. Wysiada z niego około czterdziestu zakutych w kajdany więźniów. W międzyczasie na stacji pojawia się także pociąg do Mandalay. Już wiemy, że nudno na pewno nie będzie. W przedziale tuż obok miejsce zajmują wspomniani więźniowie, w kolejnych lokują się Birmańczycy ze swoimi dziećmi, kobiety z ogromnymi siatami wypchanymi jedzeniem, jest też kilka „białych twarzy”.

Przed nami około 200-kilometrowa trasa, którą pokonać mamy w…12 godzin. Do wyboru są dwa warianty – klasa „ordinary”, w której za bilet płacimy w przeliczeniu „całe” 6 zł lub dopłacając 4 zł możemy jechać w klasie pierwszej. Osobiście bardziej skłaniam się do podróży w najniższej klasie wraz z lokalną ludnością. Jednak ostatecznie za namową znajomego, który przejechał już trochę kilometrów birmańskimi pociągami decydujemy się na odrobinę „luksusu” i wsiadamy do przedziału, w którym zamiast drewnianych ław są miękkie siedzenia. Mówiąc szczerze, z początku raczej negatywnie nastawiona do tej opcji, po 12 godzinach jazdy cieszę się, że wybraliśmy ten wariant. Co innego przenieść się na chwilę do przedziału z niższej klasy i poobserwować jak podróżują Birmańczycy, a co innego spędzić kilkanaście godzin na drewnianych, twardych siedzeniach. W pociągu dodatkowo niemożliwe jest utrzymanie stabilnej pozycji. Gdybym miała opisać jak wygląda jazda, to śmiało zacytowałabym refren weselnej piosenki „i w prawo i w lewo, do góry i w dół.” J Pociąg trzęsie niemiłosiernie. Wyobraźcie sobie jakim wyzwaniem w tych warunkach jest skorzystanie z toalety „na Małysza” 🙂

Mimo, że jedziemy przez 12 godzin, trasa mija całkiem szybko. Otwarte okna, wiatr we włosach, piękne widoki po drodze i zimna cola, pikantny makaron oraz inne smakołyki raz po raz roznoszone po pociągu. Nawet do WARSu nie trzeba się fatygować 🙂 Cóż więcej można chcieć od życia?

Mniej więcej w połowie trasy, w pociągu zaczyna się lekkie poruszenie. W szczególności wśród turystów, którzy wyciągają kamery i aparaty. To znak, że już niedługo naszym oczom ukaże się to, po co większość globtroterów wybiera wariant podróży pociągiem pomiędzy Hsipaw i Mandaly. Słynny Wiadukt Gokteik. Rozciągnięty ponad górską rozpadliną, na wysokości ponad 100 metrów, wiadukt kolejowy z Gokteik, był w chwili oddania go do użytku (czyli w roku 1900) drugim najwyższym wiaduktem kolejowym na świecie. Przejazd tą konstrukcją o długości prawie 700 metrów dostarcza sporo adrenaliny. Zarówno turyści jak i lokalni z zaciekawieniem wychylają głowy za okno. Tuż przed wjazdem na wiadukt pociąg jeszcze bardziej spowalnia, jakby maszynista zastanawiał się czy oby na pewno uda nam się przejechać na drugą stronę. Biorąc pod uwagę stan torowisk, „wiek” wiaduktu oraz statystyki, mówiące że pociągi w Birmie dość często się wykolejają, też mamy lekkie obawy. Ale nic, pstrykamy zdjęcia, może akurat się poszczęści 🙂

Po 5 minutach wiadukt jest już za nami. Emocje opadają, w głowie zostaje ciekawe doświadczenie przejazdu przez ponad stuletnią konstrukcję.

Po niedługim czasie pociąg dojeżdża do miasta Pyin Oo Lwin, w którym większość pasażerów wysiada. Nas czeka jeszcze ponad 4-godzinna podróż. Podczas postoju udajemy się na spacer po mieście i robimy zapasy jedzenia na dalszą drogę. Późnym wieczorem dojeżdżamy do Mandalay. Po 12 godzinach bujania, chodzenie po nieruchomym chodniku wydaje się jakby… dziwne 🙂

Przejażdżka birmańskim pociągiem pomiędzy Hsipaw i Mandaly to niesamowita przygoda, którą każdemu zdecydowanie polecam!

 

1 Comment

  1. a ja narzekam jak mam jechać busem Kraków – Limanowa… że ciasno, że długo, że trzęsie…
    może też powinnam to traktować jak przygodę 😉

Write A Comment