Jednym z najważniejszych aspektów każdej podróży jest dla mnie jak najlepsze poznanie lokalnego życia, kultury i zwyczajów mieszkańców danego kraju. Piękne zabytki opisywane w przewodnikach robią wrażenie, jednakże zazwyczaj najpiękniejsze wspomnienia pozostają z miejsc nieco oddalonych od utartego szlaku. Miejsc, cechujących się pewną autentycznością, nieskażonych jeszcze turystycznym pędem. Jednym z punktów podróży, na który najbardziej czekałam planując wyjazd do Birmy był trekking po birmańskich wioskach. Trekking ten miał być niejako „wisienką na torcie” w naszej podróży po krainie tysiąca pagód.

Najpopularniejszym trekkingiem w Birmie jest trasa z Kalaw do Jeziora Inle. Może ona trwać jeden, dwa bądź trzy dni, w zależności od wybranego wariantu. Jest ona zawsze polecana w przewodnikach, dzięki czemu, albo raczej przez co (niestety) jest bardzo popularna. W poszukiwaniu większej autentyczności wybieramy inną trasę. Na północy Birmy jest małe miasteczko zwane Hsipaw. To właśnie tam wraz z towarzyszami podróży udajemy się z Mandalay, by odbyć trzydniowy trekking po okolicznych górach i ukrytych wśród nich niewielkich wioskach.

Z Mandalay do Hsipaw dostać można się na kilka sposobów. Jednym z nich jest pociąg, który przejeżdża przez słynny wiadukt Gokteik, o czym napiszę nieco później. My postanawiamy do Hsipaw dotrzeć autobusem. Takie przynajmniej jest założenie. Pod nasz hostel podjeżdża jednak kilkuosobowy busik o dość nieproporcjonalnej ilości siedzeń w stosunku do liczby pasażerów. To właśnie tym pojazdem mamy przebyć ponad 7-godzinną trasę w 30-stopniowym upale. Przytulamy się zatem do współpasażerów, uruchamiamy naturalną klimatyzację, czytaj: otwieramy szeroko okna. Jest to całkiem dobra opcja, dopóki nie zapada zmrok. Później, naszą ciasną limuzynę musimy dzielić z dziesiątkami komarów lgnących do oświetlonego samochodu. Najciekawszy jednak jest fakt, że siedzenia skrupulatnie oklejone są folią. Pomijając, że jest ona już prawie roztopiona od upału, co nie sprzyja komfortowi jazdy, to dodatkowo nie lada wyzwaniem jest utrzymanie się na siedzeniach podczas ostrych zakrętów. Droga do Hsipaw to bowiem liczne serpentyny, pagórki i wzniesienia. Kto by jednak pomyślał, że wśród tych oto gór, gdzieś na końcu świata, utworzy się korek, w którym przychodzi nam stać ponad godzinę! Do tej pory nie wiem dokąd zmierzały dziesiątki, jak nie setki ciężarówek, pośród których nasz jedyny mały samochodzik wyglądał nieco komicznie.

Bardzo późnym wieczorem docieramy w końcu do Hsipaw. Kierowca podwozi nas pod drzwi hostelu. Co jest niezwykle wygodne w podróżowaniu po Birmie to fakt, że praktycznie nigdy nie musimy samodzielnie szukać hostelu, w którym zamierzamy się zatrzymać. Wystarczy podać adres i kierowca autobusu podwozi nas do wskazanego miejsca zazwyczaj w cenie biletu lub za drobną opłatą.

Hsipaw to maleńkie miasteczko, z kilkoma hostelami i lokalnymi knajpkami, w których  po intensywnym trekkingu wypocząć można popijając lokalne piwo Myanmar. Co ciekawe, większość miejsc w okolicy zaczyna się od przedrostka „Mr”. Przechadzając się po uliczkach napotykamy Mr Food’s, Mr Charles’a, Mr Book’a czy Mr Shake’a. Również przewodnik, z którym decydujemy się odbyć trekking nazywa się nie inaczej jak Mr Bike.

Trekking po birmańskich wioskach można robić samodzielnie, nie korzystając z usług lokalnego przewodnika. Nie mniej jednak uważam, że zrobienie trasy z przewodnikiem w tym przypadku jest akurat bardzo dobrą opcją. Można dowiedzieć się wielu ciekawych faktów o tym jak wygląda życie w Birmie i lepiej poznać lokalne zwyczaje i wierzenia.  Przewodnikami są bowiem osoby, które wychowały się w Hsipaw, znają dużo interesujących historii i na dodatek płynnie mówią po angielsku, co zdecydowanie ułatwia komunikację.

Wczesnym rankiem wyruszamy w drogę. Mr Bike to jak się okazuje 21-letnia przesympatyczna Birmanka 🙂

Nasza wędrówka zaczyna się od…spotkania z wężem. Dla naszej przewodniczki jest to nieco stresujący początek, gdyż panicznie boi się tych zwierzaków. Na pomoc przychodzą jej brat i kuzyn, którzy z nami wędrują. Patykiem usuwają wroga z przejścia i tym samym możemy ruszać dalej. Początkowo płaska droga prowadzi wśród drzew, które kontrastując z pomarańczową glinianą ziemią, tworzą malowniczy krajobraz.

Słysząc dochodzący z nieopodal gwar, zaglądamy do lokalnej szkoły. Dzieciaki z szerokimi uśmiechami na pokrytych thanaką twarzach tradycyjnie witają nas słowami „bye, bye”. Wiele z nich potrafi przedstawić się po angielsku i zadać kilka podstawowych pytań. Radośnie przybijają z nami piątki i z zaciekawieniem przeglądają zdjęcia na aparacie. Każde z nich jest ubrane w niezwykle kolorowe koszulki i spodnie, wcale do siebie nie pasujące, ale paradoksalnie dzięki temu wyglądające bardzo urokliwie. Birmańskie dzieci nie są jeszcze „skażone” chęcią posiadania. Nie spotykamy tu wyciągniętych dłoni z okrzykiem „money”. To co widzimy, to wyłącznie ich piękna dziecięca szczerość i prostota.

Podczas trekkingu co jakiś czas zatrzymujemy się w mijanych wioskach, by odpocząć i spróbować lokalnych smakołyków. Wiele osób narzeka, że jedzenie w Birmie nie jest zbyt smaczne. Po części się z tym zgadzam. Często potrawy są dość jednostajne i daleko im do chociażby tajskich przysmaków. Jednakże muszę przyznać, że podczas trekkingu udało nam się spróbować kilku pysznych dań. Fakt, że były one bardzo proste, z reguły wegetariańskie i bazujące na tym co daje nam matka natura. Mam nieodparte wrażenie, że w Birmie nie marnuje się żadna roślina. Wszystkie plony ziemi są wykorzystane albo do przygotowania potraw, albo w celach leczniczych. Podczas całej trasy nasza przewodniczka wtajemnicza nas w właściwości rosnących wokół ziół, owoców i kwiatów. Jest nawet kwiat o wymownej nazwie „kiss me now” (w tłumaczeniu z birmańskiego). Zapewne cieszy się on powodzeniem wśród umawiających się na randki Birmańczyków 🙂

Chociaż kwestia randek nie jest w Birmie tak oczywista. Wieczorem, gaworząc przy birmańskim whisky dowiadujemy się jak z reguły wyglądają tam relacje damsko męskie. Okazuje się, że w wielu przypadkach to rodzice decydują o tym, z kim spotykają się ich dzieci. Dziewczyna może umawiać się z chłopakami na zasadzie koleżeńskich relacji, jednakże ostateczna decyzja należy do rodziców. Jeżeli dają oni zgodę na takowy związek, ślub zazwyczaj organizowany jest w przeciągu kliku dni.

Z birmańską whisky (lub raczej z każdym alkoholem) też nie jest w Birmie tak łatwo. Nasza przewodniczka ma duże wątpliwości czy może sobie pozwolić na takowy „rarytas” wieczorem. Jak się dowiadujemy, dziewczyna pijąca alkohol postrzegana jest bowiem w Birmie jako…”bad girl”. Jednak z przybyszami z dalekiej Polski napić się wypada, bo jakże 😉 W jednym z domostw, gdzieś w górskiej birmańskiej wiosce spędzamy wspólnie przemiły wieczór.

Podczas trekkingu nocujemy w domach mieszkańców wiosek. Typowy birmański dom na wiosce zbudowany jest z drewna, często usytuowany na palach, dzięki czemu odizolowany jest od ziemi. Składa się z wielkiej izby pełniącej zarazem funkcję kuchni i salonu. Na środku znajduje się palenisko, na którym gotowane są potrawy. Nie może także zabraknąć ołtarzyka Buddy, przed którym domownicy modlą się rano i wieczorem. Pamiętać należy, że nie wolno siadać stopami skierowanymi w kierunku Buddy. Często w chacie wydzielone jest także dodatkowe pomieszczenie, będące miejscem do spania. My jako goście dostajemy miejsce na materacach i grubych kocach, dodatkowo okryte moskitierą. Pełen luksus! Domownicy bowiem nie mają takich wygód. Z reguły funkcję łóżka pełni jeden koc rozłożony na ziemi. Toaleta umiejscowiona jest na zewnątrz, za domem. Tam też można wziąć prysznic – obok baniaka z wodą znajduje się mała rynienka i garnek. Do owego garnka czerpiemy wodę z baniaka, wlewami ją do rynienki, stajemy pod nią i cieszymy się zimnym, orzeźwiającym prysznicem.  Ot, taki pomysłowy mechanizm 🙂

Noc w birmańskiej wiosce jest magiczna. Panuje tu niczym niezmącona cisza. Godzinami można by siedzieć na balkonie chaty i wpatrując się w rozgwieżdżone niebo wypowiadać marzenia do raz po raz spadających gwiazd. Są one jakby na wyciągnięcie ręki.

Drugiego dnia trekkingu mamy do pokonania nieco dłuższą trasę niż dnia poprzedniego. Jednakże nie jest ona już tak stroma. Ścieżka prowadzi głównie przez zielone pola ryżowe, łąki i wzgórza. Wokół rozpościerają się piękne widoki. Co jakiś czas mijamy kolejne wsie. W każdej z nich spotykamy się z dużą dawką życzliwości ze strony lokalnej ludności. Wszędzie witani jesteśmy szerokimi uśmiechami Birmańczyków. Możemy zaobserwować jak toczy się ich codzienne życie. Głównie zajmują się pracą na roli. Przede wszystkim uprawą ryżu. Jest to główne źródło utrzymania ludności. Ryż króluje na birmańskich stołach i jest nieodzownym dodatkiem do wszelkich dań. Jeżeli chodzi o sposób uprawy roli, na próżno szukać tu ciągników czy rolniczych maszyn. Prace wykonywane są wyłącznie przy użyciu prostych ręcznych narzędzi. Woły i krowy zaprzęgnięte do drewnianego wozu to nie turystyczna atrakcja, a zwyczajny widok dnia codziennego.

Po kilkugodzinnym marszu docieramy do wsi zamieszkiwanej przez plemię Palaung. Kobiety noszą tam charakterystyczne kolorowe stroje a na głowach różnobarwne turbany. W wiosce tej zatrzymujemy się na kolejną noc u jednej z rodzin.

Późnym popołudniem udajemy się na spacer po okolicy. Mijamy kobiety robiące pranie w małym jeziorku. Niektórzy zażywają wieczornej kąpieli w przydrożnym źródle. Idąc dalej, udaje nam się nawet zagrać z młodymi Birmańczykami w piłkę.  Gra polega na odbijaniu między sobą nogami, głową lub klatką piersiową ratanowej piłki tak, aby nie upadła ona na ziemię. Zakazane jest używanie rąk. Wbrew pozorom, nie jest to wcale łatwy sport i trzeba się nieźle nagimnastykować, by utrzymać piłkę w powietrzu.

Wracając na nocleg, w domu czeka na nas kolacja, składająca się z sałatki z dyni, sałatki z zielonej herbaty, placków ryżowych, gotowanych warzyw. W osobnych miseczkach chili i różne przyprawy. Niektóre tak pikantne, że nie mam odwagi dodać ich więcej niż szczyptę.

Trzeciego dnia trekkingu powoli schodzimy z gór kierując się z powrotem do Hsipaw. Czas żegnać się z birmańskimi wioskami, z życzliwymi uśmiechami spotkanych w drodze ludzi i z ciekawymi świata oczami birmańskich dzieciaków. Za nami piękne trzy dni spędzone w bliskości natury. Z naszą przewodniczką, jej bratem i kuzynem zjadamy ostatni wspólny przygotowany dla nas posiłek – przepyszne ryżowe ciastka i herbatę.

W planach mamy jeszcze krótką wizytę w pobliskich basenach termalnych. Brzmi dobrze, ale jak się okazuje na miejscu jest to mały zbiornik wody o wątpliwej czystości, w dodatku będący bardziej miejscem wieczornej toalety niż relaksu. Ostatecznie nie decydujemy się na dłuższy pobyt tam i wracamy do Hsipaw. Wieczorem w poszukiwaniu kolacji odwiedzamy lokalne knajpki a potem udajemy się nad rzekę, gdzie popijając piwo Myanmar delektujemy się ostatnim wieczorem w birmańskim regionie Shan. Kolejnego dnia czeka nas podróż pociągiem do Mandalay przez słynny wiadukt Gokteik. 12-godzinna trasa birmańską koleją jest jednak warta oddzielnego wpisu.

Write A Comment