Z samego rana udaję się na old bus station w Kathmandu niedaleko słynnej turystycznej dzielnicy Thamel. Stąd co 2 godziny odjeżdżają lokalne autobusy do miejscowości Jiri. Bilet kosztuje w przeliczenie około 15 zł i nie ma potrzeby wcześniejszej rezerwacji. Wystarczy pojawić się na dworcu niecałą godzinę wcześniej by mieć pewność że uda nam się dostać miejsce siedzące. Różnie z tym bywa w nepalskich autobusach. Zazwyczaj są one wypchane po brzegi. Bagaże lądują na dachu, kupuję samosy na drogę i wyruszam. Przede mną 10 godzin drogi do miejscowości,  z której kolejnego dnia rozpocznę trekking, najpierw do Lukli a później do Everest Base Camp. Droga jest w opłakanym stanie, ale nepalska muzyka i pierwsze ośnieżone szczyty za oknem umilają trasę. Nogi już się rwą do marszu!

Dzień 1 Jiri – Shivalaya
Dzisiaj krótki trekking na rozgrzewkę. Według mapy trasa powinna zająć 3.5 godziny. Mi zajmuje 5. Początkowo nie mogę złapać formy i idę bardzo wolno. Jest już połowa listopada i gdzieś z tyłu głowy mam myśl, że powinnam się spieszyć żeby zdążyć dotrzeć przed zimą do Everest Base Camp. Postanawiam jednak zostać w wiosce Shivalaya na noc. Ceny noclegów są bardzo przyzwoite – 3 zł 😀 oczywiście trzeba się trochę potargować. Warunki też całkiem w porządku, jest nawet wifi i ciepły prysznic. Korzystam zatem póki są jeszcze takie luksusy 🙂
Dzień 2 Shivalaya – Kinja
Startuję z samego ranka. Pierwsze na co napotykam to check point, w którym należy uiścić opłatę 30$ (!) za wstęp na teren parku narodowego, którym idzie się przez zaledwie 2 godziny. Cóż, wyskakuję z kasy i idę dalej. Jak się później okazuje, opłaty tej da się uniknąć. Poznany w dalszej wędrówce Słowak mówi, że nie zapłacił wstępu. Pytam „jak to?”. A on poprostu powiedział w check poincie, że nie płaci i tyle. Przeszło. Możecie też próbować 🙂
Dzisiejszy dzień to około 900 metrów w górę i 500 w dół (jeszcze nie wiem co czeka mnie jutro :)). Tak zresztą wygląda cała trasa z Jiri do Lukli. Mozolnie pniemy się w górę, tylko po to, by za chwilę schodzić w dół. Ma to jednak swoje zalety, a mianowicie zyskujemy dobrą aklimatyzację przed dalszym trekkingiem do EBC. Trasa jest piękna. Mijam małe urokliwe wioski, wodospady, zielone doliny. Cały czas spotykam lokalsów skłaniających głowy w rytm „namaste”. Kondycja dopisuje. Po 5 godzinach przychodzę do wioski Bhandar, w której jest opcja zatrzymania się na noc. Lokalsi mówią jednak, że do kolejnej miejscowości jest zaledwie 2 godziny, więc decyduję się iść dalej. Dobra decyzja! Trasa jest łatwa, praktycznie w większości jest to zejście w dół. Dotychczasowe pomarańczowe kółka, które wyznaczały szlak zamieniają się w niebieskie znaki, a później w pomarańczowe wstążeczki zawiązane na drzewach. Szlak jest naprawdę dobrze oznakowany i skoro ja – mistrz gubienia drogi nie pobłądziłam, to znaczy że nikt się nie zgubi 😀
Zatrzymuję się na nocleg w malutkiej miejscowości Kinja. Nic specjalnego tam nie ma, ale łóżko i wiaderko z ciepłą wodą to wszystko co potrzebuję tego dnia.
Ps. Koniecznie kupcie na trasie ser z jaka! Jest pyszny 🙂
Dzień 3 Kinja – Goyam
Pełna energii wyruszam z samego rana w drogę. Haha. Jeszcze nie wiem jaka to będzie droga 😀 Wychodzę kilka kroków za lodgę, obracam głowę i w dali widzę pięknie oświetlone porannym światłem szczyty. Piękny widok z rana! Od razu się uśmiecham. Początkowo idę stromo w górę. Krok za krokiem, coraz wolniej. Wioska zostaje daleko w dole. Spotykam dwójkę trekkerów wracających już z EBC. Wypytuję co, gdzie i jak, mówią że jestem zuchem i życzą powodzenia w dzisiejszym dniu, bo droga będzie długa. Idę dalej w górę. W większości przez las. Tego dnia widoki są bardziej ograniczone niż dzień wcześniej. Myślałam że dotrę do miejscowości Junbesi. Z każdą godziną porzucam ten pomysł. W górę, w górę, w górę. Cały dzisiejszy dzień pod górkę. Oj może się Wam wyrwać kilka niecenzuralnych słów tego dnia. Mi się wyrwało kilkanaście 🙂 Serio jest wrażenie, że podejście nie ma końca. A to dopiero podejście do pierwszej wioski!
Po kilku godzinach, wlokąc się jak ślimak docieram do Dachau. Zatrzymuję się na wegetariańską zupę, patrzę na mapę i już
jestem pewna, że dziś do Junbesi nie dotrę. Idę jeszcze 2 km dalej i zatrzymuję się na nocleg w malutkiej miejscowości Goyam. Jest tu tylko jedna lodga, ale za to z jakim widokiem! Po zachodzie słońca mam przed oczami takie cuda:
Za chwilę przychodzi wspomniany wcześniej Słowak, więc ucinamy sobie z sąsiadem miłą pogawędkę. Razem z gospodarzami (i dwoma przeuroczymi kociakami) grzejemy się przy ogniu i gotujemy kolację. O jak ja lubię takie chwile!
Ps. Tego dnia zrobiłam 1600 metrów przewyższenia. Podejście konkret.
Dzień 4 Goyam – Junbesi
Noc na 3200 metrów. W śpiworze i pod grubą kołdrą było cieplutko, ale i tak często się budziłam. Serducho bije już trochę szybciej na tej wysokości i nie śpi się najlepiej. Wychodzę na zewnątrz i wita mnie widok gór dookoła. Jest tak ładnie! Po tybetańskim chlebie i cytrynowej herbacie ruszam w drogę. Tego dnia nie idę jednak sama! Spotykam po drodze nepalskie kobiety, które idą do tej samej wioski co ja. Okazuje się że jest tam klasztor, w którym akurat odbywają się dziś wielkie uroczystości. Kobiety zabierają mnie ze sobą, a ja nie protestuję! Fajnie zobaczyć buddyjskie święto. Próbuję się dowiedzieć o co dokładnie chodzi. Ale udaje mi się wyłapać jedynie, że będzie Lama i jest duża ceremonia. No nic, chodźmy zobaczyć to z bliska 🙂
W porównaniu do wczorajszego dnia droga jest banalna. Prawie wcale pod górkę 😀
Kobiety mają wszędzie po drodze znajomych, więc zatrzymujemy się kilka razy na herbatę. Stąd też zamiast 3 godzin (wg mapy) idziemy 5. Nigdzie mi się jednak tego dnia nie spieszy. Docieramy do klasztoru. Mnóstwo mnichów odmawia mantry, jest Lama, są ludzie, rozlewa się herbata. Zgromadzeni ludzie nie wyglądają na rozmodlonych, bardziej obserwują co dzieje się dookoła i wydaje się to dobry czas na wzajemne pogawędki. Przyglądam się wszystkiemu z boku, po czym schodzę w dół do wioski Jumbesi. Okazuje się, że znalezienie noclegu wcale nie jest takie proste, bo wszystkie kobiety są w klasztorze, a mężczyźni nie bardzo orientują się jakie są ceny pokoi. Hmm, widać kto w Nepalu zarządza domowymi finansami 🙂 Idę w ciemno do jednego z guest housów. W ogóle to w Jumbesi jest już całkiem sporo turystów! Musieli przyjechać tu jakąś alternatywną drogą,  bo przez ostatnie trzy dni spotykałam niemalże tylko Nepalczyków. Standardowo 18.00 kolacja (będą pierożki momo, yummy!), prysznic (drogi… w przeliczeniu za 10 zł ale chociaż co drugi dzień warto się myć :p) i przed 20 sen. Prawie jak powrót do dzieciństwa, kiedy to spał się po dobranocce. Tylko zamiast dobranocki oglądamy…filmy bollywood.
A tak w ogóle to wszyscy oprócz mnie mają tu szerpów. Ja tam bardzo lubię nosić swój 15-kilowy plecak (ok, żartuję, po prostu mam 10$ na dzień do wydania :D).
Dzień 5 Junbesi – Nunthala
Dzisiejsza trasa to piękne widoki przez większość czasu. W tle ośnieżone szczyty,  niewielkie przewyższenia. Przechodząc przez miejscowość Ringmu zatrzymuję się na obiad. Z takim widokiem wszystko smakuje dobrze 🙂 Z praktycznych informacji,  z Ringmu można iść do miejscowości Salleri skąd odjeżdżają jeepy i autobusy do Kathmandu. Jest to dobra alternatywa na drogę powrotną. Jeżeli nie chcecie wracać z powrotem do Jiri, a nie uśmiecha Wam się płacić 160$ za samolot z Lukli to warto rozważyć tą opcję. Autobusy kosztują około 1500 rupii.
Późnym popołudniem przychodzę do miejscowości Nunthala, w której zatrzymuję się na nocleg. Zamawiam pizzę i lokalne wino. A co, taką sobie dziś zrobiłam nagrodę 🙂
Dzień 6 Nunthala – Kharte
Dwa dni temu szłam z nepalskimi kobietami, a dziś idę z… nepalskimi osłami! Cały dzień, wszędzie osły. Oj trzeba się nieźle nagimnastykować żeby ominąć te wszystkie kupy na drodze 😀 Jednak najgorsze co może się przytrafić to spotkanie z karawaną osłów na wiszącym moście. Osły myślą że jesteś powietrzem i jak gdyby nigdy nic trącają cię wielkimi butlami nie zważając na to, że zaraz wpadniesz do rwącego strumienia. Ach, zapomniałabym o poganiaczach osłów i okrzykach, które raz po raz wydają. Nie pytajcie.
Nie mam planu do jakiej miejscowości idę. Zatrzymam się tam gdzie zastanie mnie wieczór. Im bliżej Lukli, tym częściej wzdłuż drogi są lodge, więc nie ma się co martwić o nocleg. Tym samym przychodzę do malutkiej miejscowości Kharte, w której się zatrzymuję. Warunki już coraz bardziej „polowe”, toaleta i prysznic na zewnątrz, ale ciepła woda w misce jest. Jestem już coraz bliżej głównego szlaku do Everest Base Camp i nawet się z tego cieszę, bo już nieco dłuży mi się droga z Jiri. Widoki super, ale chcę już oglądać ośmiotysięczniki z bliska!
Dzień 7 Kharte – Phakding
Hura! Dziś zrobiłam pierwszą część trekkingu i weszłam na „cześć właściwą”, którą wędruje większość osób. W sumie to się cieszę, bo przez ostatni tydzień spotykałam prawie tylko mieszkańców nepalskich wiosek, co było miłe, ale fajnie też w końcu pogadać inaczej niż na migi 🙂 Turystów faktycznie jest sporo, ale jako że jest już nieco po sezonie, nie ma tłumów.  Od teraz będzie już tylko zimniej i wyżej 🙂
Na relacje z dalszej części trekkingu zapraszam już wkrótce.

Write A Comment