Kirgistan to perełka na mapie dla wszystkich miłośników górskich wędrówek. Ogromna ilość tras trekkingowych, „niezdeptane” szlaki, biwakowanie na łonie przyrody i wciąż dziewicza natura przyciągają jak magnes coraz więcej turystów. Jednak ciągle jest to kraj, w którym na próżno szukać straganów pełnych pamiątek czy ulic przepełnionych turystycznym zgiełkiem. I chyba właśnie to decyduje o niezwykłej atrakcyjności Azji Centralnej.

Po kazachskich przygodach dojeżdżamy do Biszkeku, a stamtąd przez Naryń (w okolicy którego robimy zupełnie nowy dla nas rodzaj aktywności – trekking konny) docieramy wreszcie do Karakol. Mała górska miejscowość, w której początek mają różne trasy trekkingowe. Nasuwa się Wam myśl, że to takie ichniejsze Zakopane? Nic bardziej mylnego! Sam wjazd do Karakol jest, rzekłabym, interesujący. Nagle kończy się asfalt i rozpędzona marszrutka z impetem wjeżdża na szutrową drogę, która prowadzi do centrum miasta. Chociaż bardziej pasuje używać określenia miasteczko. Kilka małych sklepów, lokalny bazar, centrum informacji turystycznej i parę (całkiem zresztą przytulnych) restauracji. To wszystko co zastajemy w Karakol. Zatrzymujemy się w Duet Hostel. Polecam to miejsce, bo to prawdziwa mekka backpackerów „zabłąkanych” na kirgiskich bezdrożach. Fajna atmosfera, dużo wskazówek odnośnie trekkingów, pyszna kawa (z tym w Azji Centralnej bywa różnie) i okazja do poznania innych podróżników.

W czasie całego naszego wyjazdu pogoda jest dosyć kapryśna. W Kazachstanie pewnego poranka obudziliśmy się zasypani śniegiem w namiocie i trochę obawiamy się „powtórki z rozrywki”. Prognozy nie napawają optymizmem, ale wizja dotarcia do tak efektywnie wyglądającego na zdjęciach jeziora Ala Kul kusi. Tak więc niezrażeni pogodą, kolejnego dnia wyruszamy na trekking.

Z centrum odjeżdża marszrutka, która zawozi nas do punktu rozpoczęcia wędrówki. Trekking najlepiej rozłożyć na dwa lub trzy dni, w zależności od tego czy na pierwszym odcinku uda nam się złapać stopa. Z opisów na blogach podróżniczych wynika, że jest to popularna i całkiem rozsądna opcja. Nie mija minuta po wyjściu z marszrutki, a już zagaduje do nas kierowca oferujący podwózkę. Płatną, bo tak z reguły działa autostop w Azji Centralnej. Bez wahania decydujemy się podjechać kawałek. Po kilku kilometrach przesiadamy się do kolejnego samochodu. Tym razem podwózkę oferują kierowcy wielkiej ciężarówki, która okazuje się być maszyną idealną na około 20-kilometrową trasę. Droga bowiem jest w opłakanym stanie. Jedziemy w ślimaczym tempie, raz po raz podskakując aż do sufitu auta. Wyboje, zakręty, ale i ładne widoki za oknem. Nie mniej jednak te najlepsze widoki wciąż przed nami. Marsz doliną byłby dosyć monotonny i zająłby dodatkowy dzień. Cieszymy się bardzo, że udało nam się tak sprawnie złapać autostop. Wróć – to autostop złapał nas.

Około 10 rano jesteśmy w pobliżu pierwszego campu. Jeżeli zdecydujecie się na pieszą wędrówkę przez dolinę, prawdopodobnie w tym miejscu rozbijecie się na pierwszy nocleg. My ruszamy dalej. Po około godzinie wędrówki jest tzw. jurt camp. Jak sama nazwa wskazuje, jest tam kilka jutr, w których zakupić można coś do picia i kilka przekąsek typu batony. Można się tam również zatrzymać na nocleg. Idziemy coraz wyżej i wyżej. Mijamy przepiękne polanki z pasącymi się końmi. Ten widok już na zawsze będzie mi się kojarzył z Kirgistanem! Świeci słońce, w tle lekko majaczą ośnieżony szczyty.

Na nasze szczęście, o deszczu ani śladu. Trasa jest bardzo przyjemna, ale i coraz bardziej wymagająca. Kilkugodzinne, mozolne podejście na ponad 3500 metrów uwieńczone zostaje takim widokiem:

Docieramy do jeziora Ala Kul. Zatrzymujemy się tu na krótki odpoczynek, gotujemy wodę na herbatę i rozkoszujemy się widokiem turkusowej tafli jeziora. Kolor wody zmienia się w zależności od nasłonecznienia. Kiedy docieramy nad jezioro jest dosyć pochmurno, stąd woda wydaje się być nieco szara. Ale już po niedługim czasie wychodzi słońce i kolor zmienia się w piękny turkus.

Teraz czeka nas kolejne podejście na przełęcz położoną na wysokości prawie 4000 m n.p.m. Większość trasy wiedzie przez osuwające się spod stóp kamienie, stąd podejście nieco się dłuży. Widok na z przełęczy na jezioro jest imponujący. Krótka przerwa na zdjęcia i schodzimy w dół w kierunku Altyn Arashan, bo temperatura nie zachęca do dłuższego rozkoszowania się krajobrazem. Zejście z przełęczy w skrócie można opisać jako zjeżdżanie ze stromej górki częściowo po śniegu, częściowo po błocie. Ogólnie nie warto zastanawiać się „jakby tu zejść”. Po prosty trzeba się ześlizgnąć.

Jako że zostało coraz mniej dnia, zaczynamy rozglądać się nad miejscem na rozbicie namiotu. Znajdujemy fantastyczną łąkę nad rzeką, idealną na biwak. Dookoła góry a tuż obok strumyk dzięki któremu mamy wodę na ugotowanie kolacji. Nie tylko my dostrzegliśmy urok tego miejsca, bo koło nas rozbitych było kilkanaście namiotów.

Kolejnego poranka budzą nas promienie słońca. Idealny czas by zjeść śniadanie na trawie. Potem czeka nas już tylko kilkugodzinny spacer w dół do miejscowości Altyn Arashan, a tam z kolei gorące źródła. Czy potrzeba czegoś więcej by czuć radość?

Informacje praktyczne:

Z centrum Karakol do Parku Narodowego skąd rozpoczyna się trekking łatwo dojechać można marszrutką. Z tego miejsca polecam próbować złapać autostop i dojechać do campu pierwszego. Dzięki temu mamy jeden dzień wędrówki mniej.

Dotarcie z campu pierwszego do jeziora Ala Kul zajmuje około 5 godzin. Następnie około 3-godzinne wyjście na przełęcz położoną niemalże na 4 tys. m n.p.m. Pod przełęczą znajduje się jurt camp. Nam to miejsce nie przypadło jednak do gustu. Za rozbicie namiotu pobierają opłatę 100 som. Polecam zejść nieco niżej (około pół godziny drogi) i tam nad rzeką jest miejsce idealne do rozbicia namiotu i zatrzymania się na noc.

Drugiego dnia dotarcie do miejscowości Altyn Arashan zajmuje około 4-5 godzin. Zero podejść, łatwa i przyjemna droga w dół. W miejscowości tej znajdują się gorące źródła. Możliwość relaksu oferuje pięć miejsc w wiosce. Opłata za 30 minut to 200 som. Jest też opcja kąpieli w gorącym źródle na dziko, w rzece około pół godziny drogi od wioski (nie do końca zweryfikowałam to miesjce więc ciężko jest mi je polecić).

Z Altyn Arashan można wracać na piechotę (około 30 km) lub jechać do Karakol dużym ciężarówko – autobusem. Cena za osobę to 1000 som. Jeżeli wybieramy tą opcję, dojedziemy do centrum Karakol.

Na treking obowiązkowo trzeba zaopatrzyć się w jedzenie, gdyż po drodze nie ma możliwości zakupić nic konkretnego (poza batonami na początku trasy). Dostęp do wody z rzeki jest przez cały czas.

Zdecydowanie polecam zabrać namiot. Dzięki temu możemy rozbić się w dowolnym miejscu nie szukąc campów z jurtami, których jest niewiele.

Podczas trekkingu nie ma żadnych trudności technicznych. Przyda się jedynie dobra kondycja, bo czeka nas spore przewyższenie 😊

 

Write A Comment