W Polsce zima na całego, środek stycznia, mróz. Godzina 5 rano. Spiesznym tempem z wypchanym plecakiem na plecach i słomkowym kapeluszem w ręku zmierzam krakowskimi ulicami w kierunku dworca, by „już” po dwóch dobach znaleźć się na rozgrzanych słońcem ulicach Bangkoku.  Lot przebiega bezproblemowo, jednak wliczając 12-godzinną nocną przesiadkę w Dubaju, lądując na Suvarnabhumi zmęczenie lekko daje się już we znaki. Azjatyckie lotniska są tak przepełnione podróżującymi, że w drodze powrotnej lądując na Okęciu miałam wrażenie że trafiłam na bezludną wyspę. Po półtora godzinnym oczekiwaniu w kolejce na wbicie tajskiej wizy, wychodzimy na zewnątrz. Godzina 23. Upał niemiłosierny. Czytałam na wielu blogach o uderzeniu gorąca po wyjściu z klimatyzowanego lotniska, jednak nie spodziewałam się że będzie to aż tak odczuwalne! Jest to gorąc nie do opisania, jakby ktoś wrzucił Cię do rozgrzanej komory bez powietrza. Nie mniej jednak po kilku dniach organizm tak się aklimatyzuje, że ów upał staje się przyjemny. W środku nocy udaje się dotrzeć do hostelu. Hurra! Czyżby wreszcie spokojny, głęboki sen? Nic bardziej mylnego! Mam wrażenie iż samochody, motory i tuk-tuki trąbią tuż nad moją głową. Trąbiły – na jednym z najbardziej ruchliwych skrzyżowań tuż obok którego położony był hostel. Tutaj dobra rada – jeżeli chcecie w nocy faktycznie wypocząć, polecam sprawdzić lokalizację miejsca noclegowego. Okna są z reguły całkowicie nieszczelne, a ulice Bangkoku nie zasypiają nigdy.

Nie ma jednak marudzenia. Z samego rana czas ruszyć na zwiedzanie tajskiej stolicy. Świat wokół jest dla mnie tak bardzo inny, egzotyczny, głośny i zarazem fascynujący. Wychodząc na ulicę musimy przygotować się na wszechobecne namowy kierowców tuk-tuków (małych pojazdów pełniących rolę taksówek w krajach Azji) na przejażdżkę po mieście połączoną ze zwiedzaniem największych turystycznych atrakcji. Nieprzystosowane jeszcze do stanowczego wyrażania swojego zdania w Azji, szybko dajemy się złapać na jedną z takich wycieczek i ani się obejrzymy a siedzimy już w jednym z tuk-tuków. Co ciekawe, obowiązkowym punktem jest wejście do informacji turystycznej, która jest niczym innym jak biurem oferującym zorganizowane wycieczki w okolicach Bangkoku. Jak się okazuje, za każdą wykupioną w biurze wycieczkę, kierowca tuk-tuka otrzymuje prowizję. Zdecydowanie odradzam taką formę zwiedzania, gdyż wszystkie oferowane wyjazdy można bezproblemowo zorganizować samemu za jedną trzecią ceny. Dlatego też dla kierowcy naszego tuk-tuka nie był to zbyt udany trik. Po wysłuchaniu wszelkich propozycji, uprzejmie dziękując wychodzimy ze wspomnianej „informacji turystycznej” i ruszamy dalej.

Ulice Bangkoku rządzą się swoimi prawami. Dla Europejczyka panujące tu przepisy drogowe, albo bardziej ich brak, mogą wydawać się szokujące. Pomiędzy samochodami i autobusami poruszającymi się po kilku pasach ruchu, wszędzie wciśnięte są skutery, tuk-tuki, motory, a pomiędzy nimi przedostać się na drugą stronę jezdni usiłują piesi. Nie zapominajmy o ustawionych na wszystkich poboczach sprzedawcach ulicznego jedzenia, soków i pamiątek. Widok krawcowej, fryzjera czy dentysty wykonujących swoją pracę na chodniku również nikogo tutaj nie dziwi.

Szczególny chaos i gwar panuje w dzielnicy China Town, do której udajemy się w pierwszym dniu pobytu w Bangkoku. Niesamowita jest występująca tu ilość barw, dźwięków i przede wszystkim zapachów. Lokalnymi specjałami można zajadać się bez końca. Są świeżo wyciskane soki z owoców, przeróżne dania przyrządzane w ogromnych naczyniach na ulicznych straganach, smażone banany, nieznane wcześniej naszym oczom owoce, warzywa i mnóstwo przypraw. Ponadto ubrania, buty, narzędzia, naczynia, pamiątki i czego dusza zapragnie.

Świetnym sposobem poruszania się po Bangkoku są wodne taksówki. W przeliczeniu za około 3 zł można w kilkadziesiąt minut przepłynąć wzdłuż kilku dzielnic miasta. Z łatwością można w ten sposób dostać się do największych atrakcji turystycznych, gdyż przystanki zlokalizowane są w ich pobliżu. Ponadto, czyż nie przyjemniej jest w ponad 30-stopniowym upale płynąć statkiem, czując wiatr we włosach oglądać Bangkok z perspektywy rzeki, aniżeli stać w korkach na zatłoczonych ulicach? Mnie to w zupełności przekonuje.

Jadąc do Azji zakładałam, że Bangkok będzie dla mnie wyłącznie punktem przesiadkowym. Z reguły raczej dość szybko „uciekam” z tak ogromnych miast, powiedzieć by można – miejskich molochów bez klimatu. Sprawy jednak poukładały się tak, że zostałam tu dłużej niż przewidywałam. I muszę przyznać, że niezwykle mnie to cieszy! Z każdym kolejnym dniem pobytu, Bangkok stawał się przyjaźniejszy i bardziej klimatyczny. Miasto to jest niejako mekką backpackerów z całego świata, co niewątpliwie nadaje przyjemnej atmosfery, a widok podróżników z ogromnymi plecakami na plecach i jeszcze większymi uśmiechami na twarzach oraz ich historie niezwykle inspirują do dalekich podróży. Gdzie najlepiej się wybrać by tego doświadczyć? Obowiązkowo na Khao San Road! Jest to ulica tętniąca życiem 24 godziny na dobę. Ulica, na której doświadczysz kwintesencji Azji. Przepyszne tajskie jedzenie w licznych restauracjach, nabite na patyki skorpiony i inne robactwo gotowe do schrupania, tajskie masaże, lody wprost z łupiny kokosa, tatuaże, imprezy, pamiątki, egzotyczne owoce i obowiązkowo zimne piwo Chang. Nigdzie w Bangkoku nie ma takiego klimatu luzu i relaksu jak na Khao San.

Do największych atrakcji turystycznych Bangkoku niewątpliwie zaliczają się: Pałac Królewski, Wat Arun, Wat Pho, posąg Leżącego Buddy. Dla miłośników architektury jest to nie lada gratka, gdyż pięknie zdobionych świątyń jest w mieście całe mnóstwo. Jedną z nich – Wat Arun zwaną Świątynią Świtu, szczególnie warto zobaczyć  z przeciwległego brzegu rzeki o wschodzie lub zachodzie słońca. Piękny to widok, gdy bogato zdobione strzeliste wieże toną w promieniach słońca. Wieczorem warto wybrać się także na Wat Saket – Złotą Górę. Po przejściu kilkuset schodów prowadzących na szczyt, naszym oczom ukazuje się całkiem ładna panorama miasta. Samo miejsce jest dość klimatyczne i po całodniowym zwiedzaniu przyjemnie jest usiąść wśród drzew, kwiatów, dźwięku dzwoneczków i rechotaniu żab.

Nie sposób policzyć w Bangkoku posągów Buddy. Są one dosłownie na każdym kroku. Jest Budda siedzący, stojący, leżący, są posągi pojedyncze jak i całe ich skupiska.

Bardzo częstym widokiem w Bangkoku są domki dla duchów – Sala Phra Pum.  Tajowie wierzą bowiem, że budując dom, hotel czy jakikolwiek inny budynek, zakłócają spokój duchów. Aby im to wynagrodzić obok obiektu stawiają dla nich oddzielny domek. Ponadto, przy każdym z nim co dzień dostarczają pożywienie dla duchów oraz ozdabiają domki kadzidłami, kwiatami i różnymi figurkami.

Jaki zatem jest Bangkok? Czy jest to po prostu jedno z wielu ogromnych, zatłoczonych miast z których najlepiej jest jak najszybciej się ewakuować? Czy może miejsce w którym można spędzić wiele dni, co chwila odkrywając nowe, piękne zakątki? Faktem jest, że miasto to na początku nieco przytłacza, męczy i oszołamia. Ciężko się poruszać po ulicach, z trudem omijając pędzące tuk-tuki. Potrzeba dużo cierpliwości stojąc w kilometrowych korkach w godzinach szczytu. Trudno oddychać, gdy w powietrzu unosi się woń spalin. Jednak po kilku dniach to, czego wcześniej miało się dosyć, dziwnym trafem zaczyna jakby wcale nie przeszkadzać. Wszechobecny chaos zamienia się w mający swój urok lekki nieporządek. Uliczne jedzenie przygotowywane w bynajmniej sterylnych warunkach zaczyna smakować wyśmienicie, a na twarzach Tajów dostrzegamy szerokie uśmiechy, dzięki czemu zamiast odwracać głowę na wszechobecne pytania „Tuk-tuk, Madame?”, z równie szerokim uśmiechem odpowiadamy „No, thank you”.

 

3 komentarze

  1. Super zdjęcia!
    Twoje opowieści czyta się z przyjemnością – chciałoby się tam być!
    Czekam na więcej! 🙂

  2. Super zdjęcia!
    Twoje opowieści czyta się z przyjemnością – chciałoby się tam być!
    Czekam na więcej! 🙂

Write A Comment