Do Jeziora Inle dostać można się na kilka sposobów. Jednym z nich jest dwu lub trzydniowy trekking z miejscowości Kalaw. Trasa wiedzie przez okoliczne wsie, dzięki czemu lepiej można poznać, jak toczy się codzienne życie Birmańczyków. Wariant ten wydaje się być ciekawą opcją, niemniej jednak trzeba liczyć się z tym, że w sezonie na pewno nie będziemy na tej trasie sami z lokalsami. Trekking ten jest bowiem bardzo popularny i wybierany przez dużą część turystów odwiedzających Birmę. Druga możliwość to dojazd do miejscowości Nyaung Shwe położonej tuż obok jeziora. Jak wspominałam w poprzednim wpisie (Wędrując wśród birmańskich wiosek), by lepiej poznać birmańską prowincję decydujemy się na alternatywny trekking w okolicach Hsipaw. Dlatego też do Jeziora Inle postanawiamy dojechać autobusem.

Przed 4 rano wysiadamy na dworcu w Nyaung Shwe. Plan jest następujący: zostawiamy rzeczy w hostelu i od razu udajemy się nad jezioro, by „złapać” wschód słońca. Trzeba przyznać, że Birma to kraj, w którym nie sposób długo spać. Najpiękniejsze momenty dzieją się bowiem o świcie. Również tu, nad Jeziorem Inle, każdy zrywa się jak najwcześniej, by w chwili gdy słońce będzie leniwie wyłaniało się na horyzoncie, być już na tafli jeziora. A tam czeka nas swego rodzaju „przedstawienie”, o którym za chwilę.

Wracając do naszego planu dnia. Wydawał się być perfekcyjny. Jednak jak to w życiu bywa, a w szczególności w podróży, owe „perfekcyjne plany” często muszą ulec zmianie. I tak, przewodnik z którym dzień wcześniej umówiłyśmy się na przejażdżkę łódką po jeziorze, najzwyczajniej w świecie spóźnia się. A spóźnienie na wschód słońca oznacza tylko jedno – trzeba poczekać 24 godziny na kolejny 🙂 Młody spóźnialski Birmańczyk jest tak wyluzowany i miły, że postanawiamy dać mu drugą szansę. Zostajemy kolejny dzień w Nyaung Shwe i umawiamy się na następny poranek.

Przechodząc do sedna, co takiego dzieje się na jeziorze o wschodzie słońca? Odpowiedź na zdjęciu poniżej.

Rybacy Intha. To właśnie oni przyciągają nad Jezioro Inle tłumy turystów. Rybacy ci słyną z wiosłowania za pomocą nóg. Każdego dnia o poranku wypływają na jezioro by łowić ryby. I przy okazji…zarobić kilka kyatów (birmańska waluta). Wiele słyszy się o tym, że „to ostatni moment by zobaczyć autentyczną, nieprzesiąkniętą komercją Birmę”. Niestety muszę stwierdzić, że nad Jeziorem Inle jest już chyba na to trochę za późno. Poranne połowy ryb nie mają już wiele wspólnego z autentycznością. Jest to niejako przedstawienie dla turystów, swego rodzaju pokaz umiejętności, który z pierwotnym celem niewiele ma wspólnego. Rybacy w pojedynkę lub dwójkami podpływają do łódek z turystami, żądnymi zrobienia pocztówkowych zdjęć. I rozpoczyna się sesja. Jeden klik migawki, drugi, dziesiąty. Rybak zmienia pozycję, teraz 5 minut na fotografie bokiem. Dziesiąte, dwudzieste, setne zdjęcie. Może jeszcze jedna zmiana kompozycji. Następnie rybak podpływa z wyciągniętą ręką, turyści płacą i odpływają. I po krzyku. Niestety tak to obecnie wygląda. A szkoda. Jezioro Inle mogłoby być (i zapewne kilka lat temu było) niesamowicie magicznym miejscem. Oczywiście nadal coś z owej magii zostało. Poranne mgły unoszące się nad taflą jeziora dodają ogromnego uroku całemu przedstawieniu. Wyłaniająca się z nich czerwona tarcza słoneczna i delikatnie otulające nas ciepłem pierwsze promyki, a gdzieś w oddali zarysy rybaków – jest klimat! Mimo wszystko 🙂

Wracając do pytania: Jezioro Inle to hit czy kit? Podejrzewam, że co człowiek to opinia. Dla mnie pomimo całej komercyjnej otoczki jest to miejsce zdecydowanie warte odwiedzenia. Przy odrobinie wyobraźni i próbie poszukania bardziej kameralnych części jeziora, wizyta tam może być pięknym i niecodziennym doświadczeniem. I zapewniam, że ze zdjęć każdy będzie usatysfakcjonowany 🙂

Write A Comment