Jest miejsce w Pakistanie o bardzo wdzięcznej nazwie – Fairy Meadows. Bajkowa łączka położona jest u stóp Nanga Parbat. Niełatwo się tam dostać. Zanim „Naga Góra” ukaże nam swe oblicze, trzeba wpierw przejechać jedną z najniebezpieczniejszych dróg świata. Dwie godziny nad przepaścią, później kolejne dwie godziny trekkingu i jesteśmy! Kilka drewnianych chatek urokliwie położonych w leśnym zaciszu. Sezon turystyczny w Pakistanie przypada na miesiące letnie. My przyjeżdżamy nieco poźniej, w październiku. Noce są już bardzo zimne, dlatego zamiast w namiocie nocujemy w jednej z chatek. Wieczorem rozpalamy ogień i z kubkiem pakistańskiego gorącego czaja wpatrujemy się w niebo. Setki tysięcy gwiazd będących niemalże „na wyciągnięcie ręki”. Myślałam, że najpiękniej rozgwieżdżone niebo widziałam na Saharze, ale to nad Fairy Meadows jest chyba jeszcze piękniejsze.

6 rano pobudka. Wychodzimy z chatki i naszym oczom ukazuje się iście bajkowy krajobraz. Lekko opruszone śniegiem drzewa, jare słońce i potężny masyw Nangi w tle.

Szybki zimny „prysznic” z wiaderka i wyruszamy do Nanga Parbat Base Camp. Przed nami kilka godzin trekkingu, najpierw przez las, później nieco stromym zboczem, aż wreszcie po śniegu docieramy do obozu. Obóz sam w sobie nie wyróżnia się niczym szczególnym, ale widoki podczas trekkingu piękne! W szczególności świetnie prezentuje się lodowiec Raicot. Nanga Parbat jest dla nas szczególnie łaskawa, bo ukazuje nam się w całej okazałości. Na tle niebieskiego nieba jeszcze bardziej widać jej potęgę. Nie bez powodu góra ta zyskała miano „Killer Mountain”.

W Fairy Meadows zatrzymujmy się na trzy dni. Warto, ponieważ poza trekkingiem do obozu, w okolicy jest jeszcze kilka innych szlaków. Drugiego dnia wdrapujemy się (i to dosłownie) na pobliski punkt widokowy. Trasa jest szybka, ale dość męcząca z powodu sporego przewyższenia. Szlak nie jest oznaczony, po prostu idziemy w stronę wierzchołka. Na górze czeka na nas ładna panorama na całą okolicę.

Trzeci dzień jest najbardziej wymagający. Postanawiamy spróbować wejść na przełęcz Julipur, położoną na wysokości 4837 m.n.p.m. Początkowo szlak prowadzi łagodnie w górę i towarzyszą mu niesamowite widoki na okoliczne szczyty. Jesień powoli ustępuje już miejsca zimie, tworząc przepiękną scenerię. Im wyżej, tym warunki stają się coraz bardziej zimowe. Brodzimy w śniegu, najpierw po kolana, a później jest go tylko więcej.

Przed nami długie i mozolne podejście na przełęcz. Momentami mam wrażenie, że nie ma ono końca. Od czasu do czasu podnoszę wzrok i za każdym razem drogi jakby nie ubywa. W górę, w górę, w górę. W butach pełno śniegu (przydałyby się chociaż stup tuty), palce już nieco zmarznięte i ciężko je ogrzać, ale udaje się! Wychodzimy na przełęcz! Jest pięknie. Wokół ładne widoki a w głowie poczucie satysfakcji. To najwyżej położone miejsce, do którego udało mi się do tej pory zadreptać 🙂

 

Fairy Meadows – informacje praktyczne:

Najpierw musimy dostać się do Raicot Bridge. Z Islamabadu można tam dojechać Karakorum Highway lub drogą z Mansehry przez Babusar Pass (droga ta jest zamykana zazwyczaj w połowie października z powodu opadów śniegu). W okolicy Raicot Bridge jest kilka hoteli, w których za niewielkie pieniądze można zatrzymać się na noc i z samego rana jeepem wyruszyć dalej. Wynajęcie jeepa to jedyna opcja dotarcia do Fairy Meadows. Koszt to 8000 rupii w dwie strony (za jeepa, dlatego warto zebrać kilkuosobową grupę żeby podzielić koszty). Ważne żeby jeepem kierował doświadczony kierowca! Droga jest naprawdę niebezpieczna. Jeden błąd i spadamy w przepaść… Jeep dojeżdża do miejscowości Totu. Stamtąd czeka nas około 2-godzinne podejście do Fairy Meadows.

 

Write A Comment