Spoglądam na telefon żeby sprawdzić godzinę. 6 rano. Zwinięta w śpiworze leżę na łóżku usiłując przewrócić się z boku na bok. Wokół mnie kilkanaście innych łóżek. Niektóre już puste, z innych ludzie powoli wygrzebują się i zbierają do wędrówki. 6 rano… Idealna godzina by rozpocząć camino. Problem w tym, że ja jeszcze nawet nie zasnęłam. Może z powodu zaduchu panującego w kilkunastoosobowej sali, może dlatego że zbyt późno się położyłam zmęczona dwoma lotami, przesiadkami i długim nocnym poszukiwaniem albergue. Nie wiem. Mam wrażenie, że przez kolejne tygodnie już w ogóle nie będę spać. Jestem wkurzona. Leżę z głową schowaną  w ten nieforemny śpiwór i myślę, że przecież mogłabym teraz grzać tyłek nad morzem za jakimś parawanem. Albo popijać pod palmą drinka. Ale nie, zachciało się wędrowania…

Tak oto rozpoczęła się moja przygoda z Camino de Santiago. Brzmi niezbyt optymistycznie. Ale dokładnie w tym momencie kończy się marudzenie, a zaczyna opowieść o jednej z piękniejszych przygód, które mi się w życiu przytrafiły. Ów niefortunny poranek w Porto był pierwszym i zarazem ostatnim momentem zwątpienia w czasie całej drogi. I pewnie każdy kto przebył camino, przeżył chociaż jedną taką chwilę.

Wygrzebuję się z łóżka, wychodzę do ogrodu. Tam witają mnie uśmiechy innych „caminowiczów” i radosne pogawędki przy śniadaniu. I w tym momencie czuję, że zaczyna się niesamowity czas. Wraca moja energia. Zakładam 15 kilogramowy plecak, biorę w rękę paszport pielgrzyma i mówię sobie „buen camino!”

 

Wraz z moim towarzyszem drogi przez pierwsze dni wędrujemy wzdłuż wybrzeża. Nad głowami portugalskie słońce, wokół fruwają mewy, w uszach ciągle szum oceanu. I od czasu do czasu przystanek na lampkę porto. W tej scenerii smakuje wybornie. Banan nie schodzi mi z twarzy. Jest tak bajecznie, że chce się żyć a nogi same niosą naprzód.

Pierwsze 30 km za nami! I całe zmęczenie zniknęło bez śladu. Chyba ten szum fal tak pozytywnie nastraja. A może to wino? 🙂

Późnym popołudniem przychodzimy do albergue. Ustawiamy się w długiej kolejce. Osoba stojąca przede mną dostaje ostatnie wolne łóżko. Nie, podłoga wcale nie wygląda na twardą 😛 Szykuję sobie zatem królewskie posłanie w kąciku sali. Jednak kto po ostatniej niezbyt sprzyjającej wypoczynkowi nocy i przejściu kilkudziesięciu kilometrów z kilkunastokilogramowym plecakiem w ponad 30-stopniowym upale myślałby o śnie? 🙂  W kuchni gwar. Słychać różne języki. Ktoś głośno wykrzykuje włoskie rymy, ktoś inny śpiewa po angielsku, przy drugim końcu stołu rozbrzmiewają historie o życiu w Republice Południowej Afryki. Można też porozmawiać w rodzimym języku z poznaną właśnie dziewczyną z Polski. Mimo że każdy przywędrował tu z innego zakątka świata, nie ma między nami dystansu. Jest pewna nić porozumienia, która szybko rodzi się pomiędzy ludźmi zmierzającymi do Santiago de Compostela.

Żeby mieć siłę iść – trzeba dużo jeść! 😀

A żeby dużo jeść – trzeba sobie ugotować 😛

Można powiedzieć, że życie na camino toczy się swoim rytmem. Każdy dzień zdaje się być taki sam, a jednak każdy jest zupełnie inny. Mimo że zaczyna się tuż przed świtem, polega na kilkudziesięciokilometrowej wędrówce i kończy nocą w wieloosobowej sali, to jednocześnie przynosi zupełnie nowe doświadczenia i przygody. Przynosi też nowe myśli oraz nowe znajomości. Wydawać by się mogło, że całodzienne chodzenie jest nudne. Tymczasem, w ciągu kilkunastodniowej wędrówki nudy nie poczułam ani razu. W sumie jak sobie teraz o tym myślę, dochodzę do wniosku że jest to pewna magia drogi. Idziemy przed siebie, krok za krokiem, chłoniemy stopniowo zmieniający się krajobraz, który nas otacza. Nie musimy się nigdzie spieszyć. Poznajemy każdy najmniejszy fragment świata, zwracamy uwagę na to, czego przemieszczając się w inny sposób nawet byśmy nie zauważyli. Cieszą piękne kwiaty rosnące przy drodze, zielony mech oplatający korzenie drzew w mijanym lesie. Uśmiechamy się do napotkanych na drodze ludzi, których jadąc samochodem jedynie byśmy wyminęli. Ponadto mam tak, że idąc w nieznane- czuję niesamowitą wolność. Ach jak ja lubię to uczucie!

Czasem przy drodze widzimy jedzenie. I to żadna fatamorgana! To ludzie tacy mili, częstują strudzonych wędrowców 🙂

Po kilku dniach „porzucamy” ocean i dalej do Santiago zmierzamy już tak zwaną drogą centralną. Przez kolejne dni mijamy małe wsie i niewielkie miasteczka. Jemy kalmary w przydrożnych lokalnych restauracjach, pijemy poranną kawę w klimatycznych kawiarniach. Yummi!

Zazwyczaj na camino wstaje się wcześnie. Przed 6 rano wszyscy są już na nogach. Początkowo tego nie rozumiałam. Nawet nieco denerwowało mnie to zrywanie się o świcie. Myślałam „po co, dlaczego?!” Ale kiedy sama spróbowałam rozpocząć wędrówkę przed wschodem słońca zrozumiałam i uzależniłam się od tych wczesnych poranków na trasie. Unoszące się mgły, świergot ptaków, krople rosy na przydrożach winoroślach, oświetlone pierwszymi promieniami słońca góry. Chyba nie muszę nic więcej dodawać. Pokochałam poranki. I przez wszystkie kolejne dni jak taka nie mogąca rano spać babcia wyglądająca przez okno, zrywałam się z łóżka i szłam, szłam, szłam. I było pięknie 🙂

Z Camino de Santiago związane jest kilka tradycji. Jedną z nich jest symboliczne pozostawienie na trasie kamienia, który niesiemy ze sobą przez większą część drogi. Jest to znak wyzbycia się dotychczasowych ciężarów i trudów, które zalegały w naszych sercach. Przy drodze możemy spotkać kilka kamiennych kopców, w których wędrowcy często zostawiają nie tylko kamienie, ale i listy, zdjęcia, książki, pamiętniki.

Czasami na trasie spotkać można takie oto złote myśli 😀

Dużo mówi się o tym, że camino to droga która zmienia. Pozostawia trwały ślad w życiu tych, którzy ją przebyli. Czym dla mnie osobiście było przejście camino? Od początku traktowałam to jako przygodę, pewne turystyczne wyzwanie i sprawdzenie jak radzę sobie w dłuższych wędrówkach z plecakiem. Nie mniej jednak, nie da się przejść tej drogi bez pewnego emocjonalnego zaangażowania. Historie osób napotkanych na trasie, często niosących nie tylko kilkunastokilogramowy plecak, ale także nie lżejszy bagaż życiowych doświadczeń dają wiele do myślenia. W ciągu każdego dnia, dużo jest czasu na poukładanie swoich myśli i zastanowienie się, co tak naprawdę jest dla nas ważne. Co mnie osobiście najbardziej urzekło w camino, to fakt, że jest to droga dla każdego. Nie ma tam miejsca na selekcję, podziały na lepszych i gorszych, wierzących i ateistów, starych i młodych. Wszyscy idący są razem, niejako połączeni wspólnym symbolicznym celem, jakim jest dotarcie do Santiago de Compostela.

Jednak camino, to nie tylko czas na refleksję. To także czas świetnej zabawy, wspólnych wieczorów w albergue, niezliczonych rozmów i śmiechu, gotowania hiszpańskich specjałów i popijania sangrii z toastami w różnorakich językach świata. To również czas zawierania nowych znajomości, które podczas wspólnej wędrówki umacniają się i trwają przez długi czas po powrocie.

Po kilkunastu (a dla niektórych kilkudziesięciu czy nawet kilkuset dniach drogi – tak, są i tacy, szacun! ) wszyscy docierają wreszcie do jednego miejsca. Santiago de Compostela. To tutaj kończy się droga. Czy to jednak na pewno koniec? A może symboliczny początek?

Na dużym placu przed katedrą słychać radosne powitania. Ludzie wpadają sobie w ramiona, ciesząc się z ponownego spotkania. Niezliczone uśmiechy do znajomo wyglądających twarzy. Lekko zmęczeni, ale szczęśliwi. Udało się!

„Znów wędrujemy ciepłym krajem
Malachitową łąką morza
Ptaki powrotne umierają
Wśród pomarańczy na rozdrożach”

BUEN CAMINO!

 

Write A Comment