Jest w pobliżu Bangkoku takie miejsce, gdzie gwar wielkiego miasta cichnie. W powietrzu nie unoszą się spaliny, a zamiast zatłoczonych ulic, spacerować można urokliwymi alejkami. Mowa o Ayutthayi – dawnej stolicy Tajlandii. Łatwo dojechać tam pociągiem z głównego dworca kolejowego Bangkoku Hua Lamphong. Pociąg trzeciej klasy kosztuje w przeliczeniu około 1,50 zł. Dojazd zajmuje półtorej godziny, pod warunkiem że pociąg odjedzie o czasie, a z tym w Tajlandii bywa różnie. Już sama trasa jest niejako atrakcją. Z sąsiedniego pociągu, który stoi obok uśmiechnięte Tajki machają nam, z wielką radością pozują do zdjęć, a przed odjazdem wręczają nam przez okno siatkę owoców. W przedziale siedzimy w pobliżu mnichów. Można odnieść wrażenie, że w Tajlandii mnisi są grupą uprzywilejowaną. Są dla nich oddzielne kolejki w sklepach, na dworcach mają swoje własne poczekalnie, a w pociągach są specjalnie zarezerwowane dla nich miejsca. Połowa trasy wiedzie obrzeżami Bangkoku. Dopiero wtedy zdajemy sobie sprawę jak ogromne jest to miasto. Z okna pociągu podglądać możemy jak toczy się życie poza centrum. Niestety z każdym kilometrem zabudowania są coraz biedniejsze, często przypominające slumsy. Widać też, że dbanie o porządek nie jest najmocniejszą stroną mieszkańców.

Po przyjeździe na dworzec kolejowy w Ayutthayi mamy do wyboru wypożyczenie roweru lub wynajęcie tuk-tuka. Spacer odradzam, gdyż ruiny świątyń to w rzeczywistości bardzo duży kompleks, a co za tym idzie trudno byłoby dotrzeć od jednego miejsca do drugiego na piechotę.

Z racji dość ograniczonego czasu, decydujemy się na wynajęcie tuk – tuka na trzygodzinną wycieczkę. Po kilkunastu minutach jazdy naszym oczom ukazuje się tłum ludzi fotografujących drzewo. Co tak spektakularnego jest w owym drzewie? Oczywiście jak to na Tajlandię przystało, zapewne coś związanego z Buddą – myślimy. Nie mylimy się. Kierowca tuk – tuka zatrzymuje pojazd i daje nam czas na dołączenie do grona turystów. Obiektem tak licznego zainteresowania jest twarz Buddy wyryta w drzewie. Jako że każdy chce mieć ją w tle swojego zdjęcia, musimy odczekać swoje by również uwiecznić ją na fotografii. Zdecydowanie jest to najczęściej obfotografowane drzewo w Ayutthayi, jeśli nie w całej Tajlandii.

Słynne drzewo znajduje się na terenie świątyni Wat Mahathat. Historia jej powstania sięga XIV wieku. Obecnie, podziwiać możemy jedynie jej ruiny, spośród których licznie wyłaniają się wieżyczki, fragmenty muru oraz szczątki posągów Buddy. Świątynia ta bowiem została niemalże całkowicie zniszczona podczas najazdu Birmańczyków w 1767 roku. Kilkadziesiąt lat temu na jej terenie znaleziono relikwiarz i wiele cennych przedmiotów, takich jak: tabliczki wotywne, bogato zdobione figurki Buddy, czy złote płytki z rysunkami zwierząt.  Co ciekawe, impulsem do rozpoczęcia poszukiwań była legenda, głosząca iż król Ramesuan ujrzał niegdyś jak na terenie świątyni zmaterializowały się prochy Buddy. Jak to głosi przysłowie – w każdej legendzie kryje się ziarnko prawdy.

Spacerując pomiędzy ruinami, w niezmąconej wielkomiejskim gwarem ciszy, czuć tu ducha upływającego czasu. Świątynia ta jest niejako symbolem przemijania – nawet to co kiedyś było potęgą i obrazem piękna, wraz z nieubłagalnym upływem lat staje się jedynie wspomnieniem.

Nieopodal świątyni Wat Mahathat znajduje się kolejny kompleks – Wat Ratchaburana. Z obiektem tym związana jest krwawa historia rodziny królewskiej. W XV wieku zginęło tu dwóch braci, walczących o królewski tron.

Kolejnym miejscem do którego docieramy jest śwątynia Wat Yai Chai Mongkhon. Są to pozostałości buddyjskiego klasztoru z 1357 roku. Kompleks ten został zbudowany na rozkaz pierwszego władcy królestwa Ayutthaya – króla Ramathibodi. Historia głosi, że wielka stupa, która się w tym obiekcie znajduje, powstała by uczcić zwycięstwo króla Naresuana nad wojskiem birmańskim w czasie inwazji w 1592 roku.  Podobno do jej zbudowania zużyto 28 tysięcy ton cegły.

Świątynia ta jest niejako symbolem Ayutthayi i zarazem jednym z najbardziej fascynujących obiektów związanych z historią Tajlandii. Charakterystycznym widokiem jest rząd kamiennych posągów Buddy, przybranych w zółto-pomarańczowe szaty. Nie podjęłam próby liczenia, ale ufając przewodnikom, posągów tych jest w całym kompleksie ponad dwieście.

W drodze do kolejnego kompleksu świątyń zatrzymujemy się na chwilę przy figurze leżącego Buddy. Jej wielkość robi wrażenie. Postać Buddy ma około 30 metrów długości i 8 metrów wysokości.

Dzień chyli się ku końcowi. My tymczasem docieramy do ostatniego punktu naszej wycieczki po Ayutthayi – ruin świątyni  Wat Chaiwatthanaram. Jej konstrukcja jest całkiem dobrze zachowana, a w promieniach zachodzącego słońca prezentuje się naprawdę świetnie.

Dzień spędzony w Ayutthayi kończymy przepyszną kolacją zakupioną na przydrożnym straganie. Wypiekane na miejscu naleśniki pokrojone (nożyczkami!) w małe kwadraciki z bananowym nadzieniem smakują wybornie! W szczególności, że jest to zarazem moje śniadanie, obiad i kolacja. Za sprawą zjedzonego dzień wcześniej na China Town wyrobu kurczako-podobnego przez cały dzień jedyne czym mogłam się „karmić” to piękno otaczających mnie miejsc 🙂

Pobyt w Ayutthayi to niesamowicie miła odskocznia od głośnego Bangkoku. Mimo, że jest to dosyć popularne miejsce, ilość turystów nie przytłacza. Jeżeli jesteście w Bangkoku, zdecydowanie polecam wygospodarować jeden dzień na przyjazd do dawnej stolicy Tajlandii.

Write A Comment